Między nami jaskiniowcami. Relacja z "Ojców" /zdjęcia/


Twórcy ostatniej z festiwalowych premier musieli stoczyć prawdziwą walkę z nieprzychylną aurą. Publiczność, której udało trafić się na jedyny pokaz spektaklu, na długo go zapamięta. Ze względu i na unikatowość samego widowiska i na towarzyszącą mu, nieosiągalną na deskach teatralnych, atmosferę. 

Płonie ognisko w lesie. Wiatr piosnkę sprzed 16 tys. lat niesie. Przed jaskinią aktorska drużyna gawędę rozpoczyna. Tak zapewne mogłaby wyglądac sytuacja wyjściowa ostatniej premiery festiwalu Genius Loci. Spektaklu zorganizowanego na terenie Ojcowskiego Parku Narodowego, przed Jaskinią Maszycką, z udziałem specjalnie dowiezionej autokarem widowni. Zamykająca festiwal sztuka "Ojcowie", miała zostać zagrana w takich warunkach dwa razy. Późnym wieczorem, z dala od wielkomiejskiego zgiełku, przy leśnej głuszy, która pozwala cofnąć się w czasie. Ale kapryśna w tym roku, wrześniowa pogoda powiedziała "nie"! I zamieniła harcerską przygodę w prawdziwy survival. Survival dotyczący nie tylko publiczności, lecz przede wszystkim obsady spektaklu. Tym większy podziw dla aktorów, którzy wbrew panującym warunkom, w strugach deszczu, z pełnym zaangażowaniem odegrali swoje role.


Ekipa reżysera Marcina Wierzchowskiego wyjechała do Ojcowa w sytuacji, gdy w Małopolsce mówiło się o realnym zagrożeniu powodziowym. Padający w przedostatnim tygodniu września deszcz mocno pokrzyżował plany twórców spektaklu. Sobotnia premiera musiała zostać odwołana i przeniesiona na poniedziałek. Niestety, pokaz niedzielny okazał się jedynym. Chociaż w ciągu dnia panowała słoneczna pogoda, tuż przed rozpoczęciem spektaklu, z nieba znowu zaczął padać sążnisty deszcz. Trwająca prawie całą noc ulewa, uniemożliwiła organizację poniedziałkowej inscenizacji.

Pech chciał, że fatalna, typowo jesienna, aura trafiła na jeden z najdłuższych i zarazem najbardziej złożonych spektakli festiwalu. "Ojcowie" to owoc ambitnego podejścia Wierzchowskiego, który z archeologicznej ciekawostki stworzył wielowarstwową opowieść. Spektakl dotyka nie tylko oczywistych zagadnień antropologicznych i filozoficznych (już pomysł inscenizacji w jaskini generuje skojarzenia z Platonem). "Ojcowie" sięgają po wątki historyczne, psychoanalityczne, wreszcie teologiczne, z drugiej strony koncentrują się na jednostkowych przeżyciach bohaterów; osób, które posiadają własne, "nieksiążkowe" traumy. Ponadto w spektaklu pojawiają się liczne odniesienia do współczesności: od faktów medialnych faktów (katastrofa hali w Katowicach,  przypadek kanibala- celebryty Issei Sagawy) do "Bękartów wojny" Tarantino.


Gęsta treść nie służy bynajmniej post-modernistycznej zabawie konwencją. Miłośnicy wcześniejszych dokonań Wierzchowskiego (pięciogodzinnej "Supernovej" czy "Sekretnego życia Friedmannów") wiedzą, że reżyser poważnie traktuje swoich widzów. I podchodzi do teatru tyleż w kategorii dzieła artystycznego, co wewnętrznego, głębokiego przeżycia. Tak również było w przypadku spektaklu "Ojcowie". Widzowie, którzy zapomnieli o spartańskich warunkach premiery i podążyli za myślą reżysera, zostali skonfrontowani z chwilami szokującą, a chwilami oczyszczającą treścią. Czymś, czego nie da się tak szybko wymazać z pamięci.


Za początek wyjątkowego doświadczenia należy uznać jeszcze podróż w autokarze jadącym do Ojcowa. Aktorki wcielające się w pilotki wycieczki (Bożena Adamek, Dorota Godzic, Ewelina Przybyła) stopniowo wprowadzały pasażerów w tematykę spektaklu. Tuż przed punktem docelowym, widzowie mogli zbadać swoje DNA i posłuchać z odtwarzaczy mp3 zapisów snów mieszkańców Małopolski. Były to sny wyjątkowo mroczne, pełne krwi i przemocy, rozgrywające się w prehistorycznych sceneriach.

Już po dotarciu przed jaskinię i zajęciu miejsc na ławkach, widzowie poznali tajemniczą przeszłość otoczenia. Polski Indiana Jones, właśnie tutaj miał odkryć pozostałości zaawansowanej cywilizacji. Na małopolskiej tundrze (bo 16 tys. lat temu Ojców był pustą przestrzenią), ponoć żyli i polowali przedstawiciele kultury magdaleńskiej. Tej samej, która wymalowała jaskinie w Lascaux czy Altamirze. Czyżby dowodziło to przynależności naszych przodków do rodu pionierów sztuki artystycznej? Być może tak, być może nie. Znalezione na terenie jaskini ludzkie szczątki, dowodzą przecież istnienia jeszcze innej grupy. Barbarzyńców, którzy dopuścili się bestialskiej zbroni i aktu kanibalizmu.

Od których jaskiniowców wywodzi się nasze dziedzictwo? Tych postępowych czy tych jeszcze zdziczałych? Tych z Zachodu czy ze Wschodu? - Wierzchowski zadaje pytania o to, co kształtuje zbiorową podświadomość i co decyduje o rozwarstwionej tożsamości. Tożsamości ofiar i katów jednocześnie. Ten nierozwiązywalny konflikt jest rzutowany na wspomniane, intelektualne i wyznaniowe, próby ujęcia problemu. Pojawia się też ostra rozprawa ze skoncentrowaną na kulcie śmierci polską polityką.

Mimo tak szerokich horyzontów, "Ojcowie" pozostają spektaklem o walce toczonej przez konkretne, posiadające własny bagaż doświadczeń, postaci. Kreowany przez Krzysztofa Głuchowskiego gospodarz ceremonii, przyprowadza na miejsce pradawnej zbrodni Clarise (Pola Błasik). Dziewczynę, która rozpamiętuje śmierć ojca i nie może poradzić sobie z własną przeszłością. Obok relacji między nią a przewodnikiem (przypominającej psychologiczną grę), jest jeszcze sytuacja bezdomnego chłopaka (Rafał Pietrzak). To przedstawiciel jakby innej rzeczywistości. Banita ze współczesnego świata. Ale to do niego będzie należało ostatnie słowo w spektaklu. Bardzo ważne, jeśli chodzi o akt sprzeciwu wobec przypisanej tysiące lat temu roli.
 
Zdzieranie kolejnych warstw dziejowego i kulturowego palimpsestu to jedna strona spektaklu Wierzchowskiego. Za drugą odpowiada niepowtarzalna atmosfera całości, częściowo oczywiście wynikająca z niezwykłej lokacji. Ale też reżyser zadbał o koherencję miejsca i przekazu. "Ojcowie" wracają do najbardziej elementarnych wyznaczników artyzmu. Są wspólnotowym doświadczeniem, pra-teatrem, gdzie rytualną formę dopełnia niczym nieograniczona wyobraźnia każdego z widzów.

We fragmencie rekonstrukcji zbrodni to właśnie wyobraźnia stanowiła podstawowe twórcze medium. Publiczność z opaskami na oczach wysłuchała bowiem przerażającego spektaklu przemocy. Dźwięki mordu dochodziły z różnych stron, ale i okalały, więziły widownię w ramach wyjątkowej, nieteatralnej scenerii. Tam, gdzie wszystko mogło i może się zdarzyć. Nawet, jeśli deszcz nie daje za wygraną.

Premiera spektaklu odbyła się 24 września w Jaskini Maszyckiej.

[Autor relacji: Łukasz Badula]  

Komentarze