Wyspiański - genius loci




Stanisław Wyspiański myślał i czuł miejscami, które go nawiedzały, prowokowały, inspirowały, uaktywniały jego twórczą wyobraźnię - o wybitnym dramaturgu w kontekście tematyki festiwalu pisze Piotr Augustyniak.

Genius loci to nie jest po prostu cecha – geniusz, duch, zagadka, przesłanie, prawda – niesamowitego miejsca. Żadne miejsca same nie mówią, choćby związane były z nimi najbardziej niezwykłe, doniosłe, wzniosłe lub tragiczne historie. "Geniusz miejsca" to zawsze ktoś (w liczbie pojedynczej lub mnogiej), przez kogo miejsce mówi – przez kogo ogłaszają się i wybrzmiewają wpisane w nie opowieści; przez kogo stają się słyszalne, ale nie jako przeszłe i przebrzmiałe, lecz dziś jeszcze żywotne, mówiące o nas, nas tłumaczące i inspirujące. Niezwykłe miejsca potrzebują zatem swoich geniuszy, bez których milczą.

Stanisław Wyspiański myślał i czuł miejscami, które go nawiedzały, prowokowały, inspirowały, uaktywniały jego twórczą wyobraźnię. Jego sztuki teatralne w niemałym stopniu brały się z takiego „czucia” miejsc. Dwór bronowicki w "Weselu", Skałka w "Bolesławie Śmiałym", Teatr Miejski w Krakowie w "Wyzwoleniu", Wawel w "Akropolis", Łazienki Królewski w "Nocy Listopadowej". Przykładów można by wymienić znacznie więcej. Jego "czucie" miejsc niesamowitych nie było jednak przede wszystkim biernym, receptywnym odbiorem tego, co one same mówią. Było raczej przypominającym walkę, twórczym zmaganiem o to, żeby miejscom owym przywrócić mowę, żeby im dać głos. Żeby zmusić je do opowiedzenia swoich historii, które – pozostając w nich na co dzień przemilczane – są w nich ukryte. Tak jakby loci skrywały swoje historie, ukrywały je, zazdrośnie chroniły i wzbraniały do nich przystępu. Wyspiański jest więc kimś, kto chciał intrygujące go miejsca otworzyć. Poetycką przemocą wydrzeć im to, czego zazdrośnie strzegą i dostępu do czego nam wzbraniają. 

Nie chodziło jednak Wyspiańskiemu o to, żeby raz na zawsze dobyć związaną z tym lub innym miejscem wieść i raz na zawsze uczynić ją wszem i wobec wiadomą. Co oznaczałoby unieważnienie i zniesienie miejsca jako „schronu” prawdy, która go więcej nie potrzebuje, bo jest już powszechnie znana, żyjąca swoim własnym, wyzwolonym od swego umiejscowienia życiem. Wyspiański wiedział, że takie zobiektywizowane prawdy stają się pozbawionymi wewnętrznej siły truizmami. Dążył więc raczej do tego, żeby przekształcać miejsce, które przemilcza swą historię, w takie, które frapuje, które nęci i wabi, aby samodzielnie w jego głębie i meandry wkraczać. Nie był więc od-krywcą, wy-kładowcą, czy eks-plikatorem. Był raczej kimś, kto wtajemnicza – wprowadza w obszar tajemnicy, w misterium, którego istnienia często nawet nie przeczuwamy. W to, co pozostając ukryte pod powierzchnią miejsc i zdarzeń, w sposób dla nas niezauważalny tworzy nasze życie, naszą tożsamość; w pewnym stopniu determinuje nasze reakcje, uprzedzenia, pragnienia czy aspiracje; tłumaczy nasze ograniczenia; jest sprawcą naszych niemożności i zarazem rezerwuarem sił oraz potencji dotąd nieuruchomionych.

Jako taka, sztuka Wyspiańskiego była wyrazem niezgody na Polskę, która jawiła się mu jako przestrzeń społeczna pogrążona w hipnotycznym letargu. Jako przestrzeń, która w tym letargu narkotycznie – na zasadzie trudnej do pojęcia nieświadomej konieczności – osuwa się w śmierć. Szczególnym, jak mi się wydaje, obliczem tej polskości, na którą się nie godził, był brak znaczenia, brak wyrazu. Zamiast nich – społeczna, przypominająca chocholi taniec rutyna, magma machinalnej powtarzalności i beztreściowej rutyny. Wyspiański stał wobec Polski, która – jeśli chodzi o duchową siłę, zdolną inspirować twórczość, rozwój oraz otwierać umysł – milczała jak grób… Wyspiański chciał swoją sztuką grać tej Polsce pobudkę, zmuszać ją do wybudzenia się. Jak jednak wydobyć ją z takiej śmiertelnej głuszy? Starał się robić to poprzez otwieranie i udrażnianie genialnych pokładów, ukrytych w polskich locis. Polska pełna jest bowiem niesamowitych miejsc, przypominających źródła energetycznych mocy. Źródła te jednak są zasypane. Trzeba je więc odkopać i oczyścić, aby można z nich było zaczerpnąć życia i siły.

Warto podkreślić, że w Wyspiańskim fascynacja siłami drzemiącymi w naszej lokalnością nie oznaczała zaściankowości. Nie była – jak zarzucił mu w jednym z wierszy Zbigniew Herbert – „patriotyczną kataraktą”. Nie była narodową obsesją. To była, paradoksalnie, forma wybijania się na uniwersalność. Wyspiański nie tylko – jak już pisałem – wsłuchiwał się w mowę polskich „czakramów”, ale aktywnie uczestniczył w tworzeniu tego, co skrywa ich milczenie. Chciał tedy, jak deklaruje Konrad w drugim akcie Wyzwolenia, stworzyć w polskim teatrze polskiego Edypa i Antygonę. W "Akropolis" zaś chciał "przekształcić” Wawel w polski Akropol. Itd. Jego celem było więc stworzenie z kultury zaściankowej i (bo) uśpionej, kulturę wielką. Nie w sensie tworzenia megalomańskiej urojonej wielkości, ale kultury żywej, przebudzonej, w której idiomatycznej lokalności wyrażają się na swój sposób uniwersalne konflikty, problemy, czy dążenia. 

Ponieważ twórcy festiwalu Genius loci świadomie nawiązują do ducha twórczości Wyspiańskiego, proponuję przyświecające im intencje rozumieć właśnie w taki, powyżej zarysowany, „wyspiański” sposób: polska przestrzeń tożsamościowo-społeczna potrzebuje twórczej walki o opowieści (prawdy i energie) zaklęte w otaczających nas niesamowitych miejscach. Polska potrzebuje tego agonu, ponieważ pogrążona jest w grobowej ciszy nieznaczenia, która sprawia, że wszyscy zanurzeni jesteśmy w przypominający śmierć głuchy sen, w którym nawiedzają nas co najwyżej upiorne koszmary. Upiorne, bo niczego nas nie uczą, nie budzą nas do żadnej trzeźwej jawy, nie uruchamiają twórczości, ale nas samych przemieniają w upiory typowo polskich uprzedzeń, kompleksów, obaw i nierealnych, megalomańskich fantazji. Bo historie zaklęte w polskie miejsca – historie, które milczą, bo ich nie słuchamy lub słuchamy pobieżnie, nie starając się ich pojąć – nie pozostają bez wpływu na nas. Stają się naszą własną, traumatycznie nawiedzającą nas, wewnętrzną koniecznością. Stają się naszym fatum.


Obudźmy nasze niesamowite miejsca, które śpią i śnią, bo i my śpimy… Obudźmy je, żeby obudzić siebie…