Wieczór kawalerski z demonami. Piotr Ratajczak o "Inwazji"


W tym spektaklu publiczność odbywa rejs po Wiśle na zaproszenie brytyjskich turystów. Po wejściu na pokład przycumowanej pod Wawelem "Nimfy", nie można się już wycofać. O tematyce kolejnej festiwalowej premiery rozmawiamy z reżyserem "Inwazji" Piotrem Ratajczakiem. 


***

Turyści brytyjscy na wieczorach kawalerskich to świeży, ale ekspansywny element krakowskiego pejzażu, dla wielu – negatywnie wpływający na ogólny wizerunek miasta. Jak starasz się go sportretować w swoim spektaklu?

Piotr Ratajczak: Poza okresem studiów na wydziale reżyserskim, z Krakowem nie łączy mnie zbyt wiele. Postanowiłem zatem spojrzeć na miasto oczami Innych – osób przyjezdnych, weekendowych turystów, czyli kogoś, kto wchodzi w przestrzeń miejską i spotyka się z naszą kulturą, historią, polityką wyłącznie za pośrednictwem tego, co w danej chwili, podczas takiego weekendu  jest fizycznie dostępne. Często na zasadzie tabula rasa, gdy nic nie wie się o odwiedzanej lokacji.

To wydało mi się szczególnie interesujące. Taki incydentalny,przypadkowy, nieprzygotowany turysta, który z całym swoim kulturowym,mentalnym i intelektualnym zapleczem wejdzie w miejską tkankę i chcąc nie chcąc, wykraczając poza turystyczne uniwersalne przestrzenie,zderzy się z realną kulturową i społeczną obcą sobie rzeczywistością. Jaki będzie efekt owego zderzenia? Co zobaczy w naszej rzeczywistości taki przypadkowy turysta? Być może zaskoczy nas jakąś swoją obserwacją?


Prace nad spektaklem zapewne poprzedziły swoiste badania terenowe... 

Dziewczyny zajmujące się researchem pojechały nawet na lotnisko, aby zaobserwować przepływ turystów i spróbować podążyć za jedną z wycieczek. Odwiedziliśmy kilka krakowskich knajp, w których gromadzą się Brytyjczycy. Byliśmy świadkami angielskiej bójki w jednej z nich.  Śledziliśmy oferty turystyczne na Wyspach, szukając odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób reklamowane są wyjazdy do Krakowa. Pomocna w temacie okazała się również lektura czatów i forów brytyjskich.


Socjologiczna obserwacja przełożyła się na realistyczną inscenizację?

Raczej bawimy się konwencją. Ten spektakl będzie miał charakter komediowy. Już główni bohaterowie z Wysp Brytyjskich wprowadzą tu pewien element komiczny, choćby z powodu ich wyobrażeń na temat Krakowa. Ale paradoksalnie, przy takim odwróceniu sytuacji, możemy przez pewien moment spojrzeć trzeźwo na własną rzeczywistość, która nas otacza.  Na co dzień jesteśmy tak poddani zideologizowaniu, że ktoś, kto nie jest politykiem, dziennikarzem czy tzw.ekspertem, nagle otwiera nam oczy. Nasi bohaterowie przyjechali na imprezę, tanie piwo i dziewczyny, ale polskość z różnych stron zaczyna ich coraz bardziej osaczać. Jeśli nam uda się wychwycić cząstkę ich refleksji, być może odkryjemy coś ciekawego na temat nas samych. 


Pokazujesz Brytyjczyków w szerokim przekroju społecznym?

To typowi przedstawiciele tamtejszej klasy robotniczej. Przylecieli do Krakowa z Liverpoolu. Po ich rozmowach widz może zorientować się zarówno co do ich profesji, jak i sytuacji rodzinno- towarzyskiej. Szybko ujawniają się elementy kolonialnej mentalności, związane choćby z poczuciem wyższości wobec tubylców.  Podczas spektaklu staramy się konfrontować te postaci ze stereotypowymi wyobrażeniami o tym, jaka jest Polska.


Na ile silne jest owo zderzenie brytyjskich wyobrażeń z polską rzeczywistością? Następuje natychmiast czy pojawia się dopiero w trakcie turystycznej trasy?

Bohaterowie witają się z publicznością i zapraszają na imprezę, która odbywa się na wynajętym statku. To część ekspozycji postaci napawających się własną przynależnością do, w ich rozumieniu, wyższej kultury i cywilizacji. Druga część spektaklu dotyczy jednak już Polski. Odbywamy podróż po rzeczywistości politycznej, historycznej, obyczajowej. Nasi bohaterowie zostają włączenie w psychodeliczny trip po Polsce i Krakowie. Większości doświadczanych rzeczy po prostu nie rozumieją, nie wiedzą, jak na nie zareagować. O co tu chodzi? Co ich atakuje? Co to za świat? - zadają sobie ciągle pytania. Przyjechali przecież zabawić się, a nie zmagać z demonami.


"Inwazja" zapowiada się na widowisko z nie tylko dynamiczną akcją, ale i mobilną scenerią. 

Akcja przedstawienia rozgrywa się na statku płynącym po Wiśle. Tu również razem z obsadą przebywa publiczność. Tłem i scenerią wydarzeń są natomiast bulwary i mosty. Tam właśnie, w różnych miejscach, podczas kolejnych przystanków rejsu, dochodzi do manifestacji duchów przeszłości.


Publiczność wraz z bohaterami przechodzi zatem od przaśnej codzienności do fantasmagorycznej krainy, z brytyjskiego wieczoru kawalerskiego do polskiego piekiełka. Czy posiada ono jakieś współczesne odnośniki? 

Tak. Nasi bohaterowie np. zobaczą dwie demonstracje spod Wawelu, krzyczące w swoim kierunku te same hasła i wyzywające się do komunistów. Będzie też spotkanie z narodowcami i sprawa Brexitu. Lecz w spektaklu pojawią się i wspomniane fantasmagorie. Choćby widma schyłku PRL-u, wyskakujące z okolic hotelu Forum czy motyw zagłady getta żydowskiego na Podgórzu. Nie zabraknie ikonicznych dla miasta postaci -  polskich królów z krypt wawelskich czy artystów – Tadeusza Kantora i Andrzeja Wajdy. Sięgamy ponadto po nośny motyw wesela bronowickiego.


Logistyka tego typu przedsięwzięcia teatralnego musi zakładać jakieś zakłócenia, dotyczące choćby interakcji z tym, co aktualnie dzieje się w miejskiej przestrzeni. Nie boicie się interwencji przypadkowych przechodniów czy też "kolizji” z rozmaitymi wydarzeniami w przestrzeni bulwarowej? 

Istnieje spore ryzyko. Ale też jest ono związane z ogromną ekscytacją tym, co może się wydarzyć.


"Inwazja" dotyczy krakowskiej specyfiki, ale i jednostkowych, uniwersalnych ludzkich reakcji. Czego jest więcej?

Z jednej strony inspiracją dla przebiegu akcji będzie określona przestrzeń miejska wraz z jej teraźniejszością i historyczną pamięcią. Ale z drugiej, co jakiś czas, nasi bohaterowie odsłaniają się wewnętrznie przed publicznością. Opowiadają o swoich marzeniach, planach, rozczarowaniach. Poznajemy ślady ich biografii. Plan ogólny przechodzi więc nieustannie w ten jednostkowy.


Jak niecodzienna koncepcja spektaklu wpłynęła na pracę z obsadą?

Sceneria statku rejsowego wytwarza dosyć określoną sytuację. Mamy do czynienia z przypisaną do miejsca i czasu zbiorowością. Przekłada się to na zespołowy charakter pracy aktorskiej.


Zapowiadasz komedię, ale w tej konfrontacji z polskością jest też chyba wiele gorzkiej refleksji. To śmiech przez łzy?

Całość ma być jednocześnie zabawna i przerażająca. Ten lęk Brytyjczyków wobec napierającej na nich polskości, posiada bardzo realny wydźwięk. Te wszystkie konflikty i wisząca w powietrzu agresja wymusza na nich konieczność działania. Jakoś muszą sobie z tym wszystkim poradzić, jakoś z tej sytuacji wybrnąć. Mam nadzieję, że spektakl będzie na swój sposób oczyszczający, że śmiech z naszej codzienności jakoś rozładuje ogólne napięcie jakie nam na co dzień towarzyszy.



Festiwalowe pokazy: 16,17 września o godz. 19:00 na statku Nimfa na Wiśle, Kraków. 

/rozmawiał: Łukasz Badula/



Komentarze