Transmisja z końca światów. Relacja z premiery “Rabacji” /zdjęcia/


Trzy obozy. Trzy racje. Trzy zagłady. Spektakl Jakuba Roszkowskiego przypomniał grozę, ale i tragizm wydarzeń sprzed ponad 150 lat. Sceneria Miasteczka Galicyjskiego również robiła na widzach piorunujące wrażenie.

Był luty 1843 roku, gdy na galicyjskich ziemiach doszło do swoistej kanalizacji napięcia społecznego. Ci, którzy chcieli niepodległej Polski na mapie, spotkali na drodze tych, którym owa zmiana właściwie nic nie dawała. Historycy różnie potem galicyjską rzeź tłumaczyli, przerzucając odpowiedzialność z chłopów na szlachtę, ze szlachty na zaborcze władze. Bez względu na ocenę rabacji, jako ludowego przewrotu, dzikiego rewanżyzmu czy cynicznej prowokacji, pozostaje ona jednym z bardziej wstydliwych epizodów polskiej historii. Tragiczny wymiar tamtych wydarzeń inspirował już wcześniej twórców teatralnych (Strzępka- Demirski, Kmiecik). Ale tak naprawdę, chyba dopiero “Rabacja” Jakuba Roszkowskiego daje prawdziwe wyobrażenie skali tej tragedii. Tym bardziej, iż podczas festiwalu Genius Loci, spektakl zainscenizowano na terenie nowosądeckiego skansenu.  Na ziemiach, które z pewnością pamiętają tamte wydarzenia. W miejscu, gdzie czas jakby zatrzymał się ponad sto lat temu.


“Rabacja” to wielkie przedsięwzięcie i artystyczne i logistyczne. Akcja spektaklu została integralnie wpisana w topografię Miasteczka Galicyjskiego (stanowiącego część skansenu). Całość jest podzielona na trzy dwudziestominutowe akty, odpowiadające trzem różnym stronom konfliktu - szlachcie, chłopom i austriackim władzom. Bariera dzieląca te obozy jest u Roszkowskiego nie tylko symboliczna. Podczas premiery widzowie musieli odbyć małą wędrówkę. Trzy przystanki opowieści były bowiem od siebie nieco oddalone. Za punkt orientacyjny posłużył z kolei rynek miasteczka, mający stać się dodatkowo scenerią przejmującego, audio-wizualnego epilogu.


Wrażenie przepaści między stronami historycznego konfliktu potęgowała, paradoksalnie, niesprzyjająca w dniu premiery aura. Spacer w błocie i deszczu miał w sobie coś apokaliptycznego. Apokaliptyczna była zresztą akustyczna oprawa wędrówki. Złowrogie uderzenia bębna towarzyszyły publiczności niemal w każdym miejscu. Niczym tykanie zegara odmierzającego czas do katastrofy. Czas odmierzały także zawieszone na ścianach cyfrowe minutniki.


Roszkowski zrezygnował z wizualizacji samej rzezi. Zamiast tego, położył nacisk na sytuację w trzech wspomnianych, odseparowanych od siebie obozach. Na kwadrans przed tragedią. W kaplicy spór o to, czy bić się o Polskę czy nie, prowadzili przedstawiciele szlachty. W karczmie publiczność spotkała pańszczyźnianego chłopa, który mówił o wszechobecnej nędzy i dystansował się od właścicieli ziemskich. Wreszcie, na piętrze hotelu, w odpowiednio salonowym otoczeniu przyjął widzów starosta austriacki. Zamysłem autora i reżysera była identyfikacja z każdą ze stron sporu. Publiczność na 20 minut stawała się częścią określonej wspólnoty.

  
Pat komunikacyjny najmocniej podkreśliła w spektaklu chyba postać “anielskiej” dziedziczki. Bohaterka pojawia się i w kaplicy i w karczmie, postulując wspólne działanie dla niepodległej Polski. Żarliwy apel trafia w próżnię. Po jednej stronie - pogarda, rozdęte ambicje, mesjanizm, po drugiej - głód,  poczucie ogromnej krzywdy, żądza odwetu. Temu wszystkiemu oczywiście przygląda się z góry wspomniany przedstawiciel austriackich władz. Esteta, który koi uszy Chopinem, ale Polakami gardzi. Jest świadomy ograniczonych zasobów wojskowych i za wszelką cenę chce rozwiązać patową sytuację nie swoimi rękami. Ale to nie on okazuje się autorem realizowanego scenariusza.



W sztuce Roszkowskiego moralna racja leży po niczyjej stronie. Autor pokazuje za to końce trzech różnych światów. Rabacja dla każdego z obozów oznacza przecież zmierzch określonego porządku rzeczy. Pytanie, czy społeczny wybuch przyniósł ze sobą zagładę czy oczyszczenie, a jeśli już, to dla kogo, pozostaje otwarte.


Roszkowski nikogo zatem nie osądza. Przeprowadza natomiast transmisję z oka cyklonu. W finale publiczność może uświadomić sobie moc dziejowej zawieruchy. Przy akompaniamencie ogłuszającej muzyki, obsada wyśpiewuje wiązankę ludowych pieśni. Tych samych, które pozostają właściwie jedyną chłopską dokumentacją rabacji. W trakcie finału, wszystkie przyśpiewki zlewają się w wielogłosowy, ponury hymn. Ilustrowany przez wyświetlane na ekranach informacje o jednostkowych ofiarach rzezi.

   
Muzyczna warstwa, za którą odpowiada Stefan Wesołowski, to niezwykle istotny składnik przedstawienia. W trakcie premiery, dźwięki autentycznych ludowych instrumentów niosły się po okolicy niczym odgłosy trąb jerychońskich. Przy tak majestatycznej oprawie, szczególnego charakteru nabrała gra aktorska. Agnieszka Judycka, Agnieszka Kościelniak, Grzegorz Łukawski, Tomasz Międzik, Sławomir Rokita, Jerzy Światłoń i Tadeusz Zięba byli bardzo blisko widzów. Nie obawiali się obnażać słabości oraz mrocznych cech kreowanych postaci. Dzięki temu spektakl uniknął sztafażu sterylnej historycznej rekonstrukcji. Stanowił kłębowisko żywych, ludzkich emocji, które często udzielały się widzom. I rodziły obawy o to, czy luty 1843 może się jeszcze powtórzyć?

Premiera spektaklu miała miejsce 21 września na terenie Miasteczka Galicyjskiego w Nowym Sączu.

/Autor relacji: Łukasz Badula/

Komentarze