Stan ciszy przed burzą. Jakub Roszkowski o "Rabacji"


Wstydliwy, krwawy epizod polskiej historii widziany z trzech punktów widzenia. Z Miasteczkiem Galicyjskim w tle. Tuż przed festiwalową premierą w Nowym Sączu rozmawiamy z autorem i reżyserem "Rabacji" - Jakubem Roszkowskim. 


Hasła "rabacja galicyjska" używamy przemiennie z "rzezią galicyjską". Mimo iż o traumie tamtych wydarzeń wspomniał m.in. Wyspiański, jest to epizod polskiej historii raczej wypierany ze społecznej świadomości. Czy w dzisiejszej Polsce, pozbawionej tamtych, klasowych podziałów; w kraju, gdzie zaciera się granica między wsią a miastem, jest sens przypominać to tragiczne zdarzenie? Na ile rabacja galicyjska niesie ze sobą treści, które przemawiają do współczesnego odbiorcy? 

Jakub Roszkowski: Rabacja to było wyjątkowe w naszej historii wydarzenie. Mówi się o niej "mała rewolucja francuska". Jednak na pytanie: Czego nowego dowiemy się o rabacji galicyjskiej?, odpowiedziałbym: Niczego. Nie interesuje mnie historycyzm. Chciałbym za to przez pryzmat tamtego wydarzenia spojrzeć na dzisiejszą Polskę. Na Polaków: podzielonych, skłóconych, często wzajemnie się nienawidzących. To, co się teraz dzieje, jest bardzo niebezpieczne. Znajdujemy się bowiem na skraju jakiegoś przesilenia. Jedyna nadzieja w tym, że zyska ono formę cywilizowaną i pokojową…


… inaczej niż to było w przypadku wydarzeń z połowy XIX wieku. Jak wprowadzasz widza w ten skonfliktowany świat?

W naszym spektaklu skupimy się na ostatnich chwilach przed samą rabacją. Momencie "na minutę przed". Akcja obejmuje trzy obozy uczestników wydarzeń: szlachty szykującej powstanie krakowskie, uciskanych, wściekłych, głodnych chłopów, wreszcie Austriaków – grupy sprawującej władzę i ze strachu przed powstaniem, podburzającej chłopów do rzezi. Podglądamy te obozy tuż przed wybiciem godziny zero, bo mam poczucie, że ów stan "ciszy przed burzą" jest niepokojąco bliski temu, co się dzieje teraz w Polsce. Nie szukamy jednak prostych odniesień do współczesności. To mogłoby zepchnąć spektakl w kierunku nachalnej publicystyki. Najbardziej istotna jest atmosfera; gęsta, niebezpieczna, w tamtych wypadku owocująca rozlewem krwi.



Samej rzezi w spektaklu zatem nie zobaczymy?

Zobaczymy. Ale w formie artystycznego przetworzenia. Na zasadzie epilogu. Od samej rzezi ciekawsze wydają mi się mechanizmy, które do niej doprowadziły.

Temat rabacji pojawił się niedawno na deskach teatralnych w inscenizacjach duetu Strzępka-Demirski i Michała Kmiecika. Twój spektakl to jednak chyba pierwsza tak bezpośrednia transpozycja owego wydarzenia. Przystępując do pracy, musiałeś zapewne uwzględnić liczne źródła historyczne. Można im do końca ufać?

Czytałem mnóstwo materiałów dotyczących rabacji. Pokazują one jednak to wydarzenie w większości tylko z jednej perspektywy: szlacheckiej. To zresztą zrozumiałe, gdyż to właśnie szlachta umiała wtedy czytać i pisać. Austriaków zaś dokumentowanie rabacji, z oczywistych powodów nie interesowało. Starali się za wszelką cenę ukryć swoją rolę w rzezi. Mówili ewentualnie o "walce z powstańcami", a nie płaceniu chłopom za szlacheckie głowy. A chłopi…? Chłopi nie mieli jak bronić własnej perspektywy. Choć nie do końca. To, co na samym początku przy pracy nad spektaklem mnie zainteresowało, to przyśpiewki chłopskie z tamtego okresu. Chłopi nie pisali poematów, nie tworzyli dokumentów, ale o tym śpiewali. Na przykład: Nie boję się pana/ Ani jegomości/ Wezmę siekiereczkę/ Porąbię w nim kości. 

Bez względu na punkt widzenia, wspomnienie rabacji nie jest chyba czymś chwalebnym?

To epizod polskiej historii, którego nie chcemy/boimy się pamiętać. A jeżeli już chcemy, to w mocno spolaryzowanych perspektywach: Źli chłopi mordujący dobrych szlachciców. Głupi chłopi, podburzani przez złych Austriaków, mordujący dobrych szlachciców. Albo, co dzieje się ostatnio, pierwsze społeczne powstanie polskich pańszczyźnianych niewolników przeciw złym panom. Mam poczucie, iż żadna z tych skrajnych perspektyw nie wyczerpuje tematu całkowicie. Dlatego zdecydowałem się podzielić nie tylko przebieg inscenizacji, ale i samą publiczność na trzy części. Tak, aby każdy mógł samodzielnie prześledzić mechanizmy wydarzenia z wszystkich trzech punktów widzenia; szlacheckiego, austriackiego i chłopskiego. Ja osobiście nie potrafię postawić się po żadnej ze stron.



Fatalizm dziejowy uniemożliwia scalenie tych perspektyw? Nie występują żadne punkty styczne?

Mam nadzieję połączyć te trzy spojrzenia we wspomnianym epilogu.  Ale zależy mi przede wszystkim na tym, aby to widzowie sami mogli zdecydować, po czyjej stronie – jeśli byłaby taka konieczność – by się opowiedzieli. I co zrobić, aby tego typu napięcie, występujące również dzisiaj, nie zaowocowało tak drastycznym zwieńczeniem. 

We wspomnianych spektaklach duetu Strzępka- Demirski i Kmiecika powraca postać Jakuba Szeli. Czy odgrywa ona jakąś rolę i w Twoim spektaklu?

Interesują mnie postawy, a nie konkretni ludzie. Nie będzie zatem żadnych historycznych postaci: Szeli, Dembowskiego czy starosty Breinla von Wallersterna. Oczywiście, wymienione osoby są dla nas inspiracją, ale chcemy zrezygnować z biograficznego trybu i skupić się tylko na myślach i postawach.



Publiczność obejrzy inscenizację w szczególnej scenerii nowosądeckiego skansenu, czyli na terenie regionu objętego niegdyś przez rabację. 

Zainspirowało mnie zbudowane na terenie skansenu Miasteczko Galicyjskie. Nie znałem tego miejsca wcześniej. Najpierw zobaczyłem je tylko na zdjęciach. Po przyjeździe byłem urzeczony. To tak, jakbym po wyjściu z samochodu, nagle przeniósł się 150 lat wstecz. Tam naprawdę istnieje genius loci. Mimo iż mamy do czynienia z architekturą w większości odtworzoną, historia jest tam obecna. Da się ją wręcz wyczuć w powietrzu.  Dlatego Miasteczko Galicyjskie będzie nie tylko tłem, ale też bohaterem spektaklu. Tak jak miejscowi, ludowi muzycy, którzy mają odpowiadać za oprawę dźwiękową całości. To spadkobiercy regionalnej kultury tamtych czasów. Przybliżą ją widzom w oryginalny sposób. Rabacyjne pieśni zabrzmią w wersji zbliżonej do tej, w jakiej ponad 100 lat temu się je tam śpiewało. To przedstawienie mocno osadzone w regionie, ale też nie chcę, aby się w nim zamykało. 

Skansenowa lokacja sugeruje rodzaj rekonstrukcji. Pójdzie za nią i forma kostiumowa?

Nie. Chciałbym, aby widz stał się uczestnikiem wydarzenia, a nie tylko jego obserwatorem. Zależy mi bardzo na tym, aby aktorzy rozmawiali z widzem we współczesny sposób. Mam wrażenie, że coś takiego trudno byłoby osiągnąć przy kostiumowej oprawie. Chciałbym stworzyć pewien rodzaj „gry w rabację”, w której nikt nie będzie mógł być tylko widzem.



Praca w tak specyficznej lokacji przełożyła się na zawartość spektaklu? 

Mam wrażenie, iż razem z aktorami odbywamy wspólną podróż w poszukiwaniu prawdy o tamtych czasach. Pomocne okazało się Muzeum Okręgowe w Nowym Sączu. Tam spotykaliśmy się z osobą, która nam o tych wydarzeniach opowiadała, uczestniczyliśmy w wykładach, czytaliśmy książki. To, co osobiste w tym spektaklu, nie jest jednak związane z pamięcią przodków, lecz z tym, co dzieje się teraz na polskich ulicach.

Premiera spektaklu już 21 września na terenie Miasteczka Galicyjskiego w Nowym Sączu, o godz. 18.00. Uwaga! Organizator zapewnia dojazd dla widzów z Krakowa. 


Komentarze