Spektakl wyciągający rękę do ludzi. Bartosz Szydłowski o Narodowym czytaniu "Rejsu"


Sceniczna adaptacja kultowej komedii, intrygujący eksperyment obsadowy i refleksja na temat nie tylko PRL-owskiej Polski. O "Narodowe czytanie Rejsu" pytamy pomysłodawcę i reżysera spektaklu - Bartosza Szydłowskiego. 


***

"Rejs” wydaje się dziełem wręcz archetypicznie wpisanym w kontekst PRL-u i określonej, pozamiejskiej lokalizacji. Skąd pomysł, aby nie tylko zaktualizować jego tło społeczne, ale też przenieść całość w scenerię jednego z najbardziej zasłużonych dla Krakowa teatrów?

Po pierwsze żyjemy w czasach, gdzie, tak jak w PRL-u, nadbudowa, czyli ideologia, inaczej ściema, robi ludziom wodę z mózgów. "Rejs" to smutny portret społeczeństwa ogłupionego... A to się bardzo wpisuje w dzisiejszą rzeczywistość. Filmowy Rejs był antyfilmowy. Piwowski podważył wszystkie zasady akademickiego filmowania, dystansował się do nich, obśmiewał. No i trafia do serc publiczności już od kilkudziesięciu lat. Ten efekt można było osiągnąć właśnie robiąc "Rejs" w tak bardzo steatralizowanej przestrzeni, to zderzenie umożliwiło uruchomienie żywiołu absurdu, otwartej formy, improwizacji i bezczelności. To pozorne "niedopasowanie” jest nośnikiem wielu znaczeń spektaklu.



Trudno mówić o fenomenie "Rejsu" bez naturszczyków. W Twoim spektaklu również występują aktorzy nieprofesjonalni. Jak specyfika pracy z nimi przełożyła się na kształt tego, co widzimy na scenie?

Uwielbiam pracować z amatorami. Głównie koncentruję się na tym, aby nie grali - nie udawali aktorów, ale aby uwierzyli, że siła ich scenicznej wypowiedzi jest w energii grupy, w relacjach tej małej wspólnoty. Pracujemy zwykle nad prostym przekazem energetycznym własnej indywidualności, nad zaufaniem. W filmie amator jest podglądany, w filmowym "Rejsie" wiele scen było improwizowanych, naturszczycy "wpuszczani w maliny", podglądani bez świadomości. W teatrze efekt obcości amatora budujemy całkiem odwrotnie. On musi uwierzyć, że nawet jego sceniczna nieporadność ma wartość marzenia które realizuje i jest to piękne mądre i ujmujące dla widza.



Marek Piwowski śmiał się z PRL-u, ale też mocno improwizował na planie. W Twoim spektaklu happeningowe sekwencje są przeplatane scenami, które momentami mocno nawiązują do obecnej rzeczywistości. Na ile tytułowa groteskowa odyseja opowiada o współczesnej Polsce, a może i Małopolsce?

Ja "Rejs" czytam jako opowieść o społeczeństwie w dzisiejszej epoce. Przecież nie obchodzi mnie wyprawa do PRL-u dla sentymentu. Kontekst sam się robi... wszyscy chcą dobrze, ale wychodzi okropnie i upokarzająco. Chce mi się wyć, ale wolę się śmiać. Cały okres komuny Polacy przetrwali śmiejąc się z władzy - ja też mam nadzieję, że poczucie humoru pozwoli mi przetrwać tę opresję małości i głupoty, która wali wszystkich po pysku. Jednak proszę pamiętać, że to jest spektakl wyciągający rękę do ludzi. To nie jest teatr krytyczny w ideologicznym znaczeniu. Ja tylko kojarzę fakty, wyłapuję absurdy i zderzam energie... dystansując się do wszystkich, którzy wiedzą lepiej niż inni.



Na premierowym spektaklu doskonale bawiła się turystka zza granicy, która nie mówiła ani słowa po polsku. Może jednak przeceniamy lokalny koloryt dzieła Piwowskiego? Może jego humor jest bardziej uniwersalny niż nam się wydaje?

Dzieło Piwowskiego, a spektakl to jednak dwa różne światy. Na scenie zadziałał cały anturaż teatralny w zderzeniu z amatorami. I to musiało bawić, przecież w spektaklu nie ma wiele tekstu. Myślę, że pomogła też frenetycznie entuzjastyczna reakcja całej publiczności, to podkręca i się udziela nawet turystom z najodleglejszych zakątków. Zdarzenie teatralne nie opiera się na słowie, ale na przypływie energii.

Genius Loci w "Rejsie" wiąże się ze wspomnianym rozpoznaniem rzeczywistości – śmieszno-strasznej jak u Piwowskiego, czy raczej w ludzkim organizmie; odruchach, postawach, uwarunkowaniach?

Akurat kontekst festiwalowy jest ważny z innych przyczyn. Spektakl jest nie tyko rozprawą na temat współczesnej Polski, ale dotyczy wątków autotematycznych, czyli teatralnych. W "bombonierkową" przestrzeń teatru, który narzuca styl zachowania widza, budzi klasyczne i uporządkowane oczekiwania, wdziera się anarchistyczna energia amatorów. Oni ze swoim teatrem, a raczej marzeniem o nim, desantują się na scenę. Ten żywioł ma w sobie odrobinę destrukcji i prowokacji, ale też jest piękną emanacją miłości do teatru. Oni kochają, oni tymi marzeniami i tą miłością ożywiają scenę, która często zaklęta w martwej formie spektaklu mieszczańskiego - uwalnia się dopiero w zderzeniu z ich niewinnością.

Miłość teatru zbiega się w "Narodowym czytaniu" ze scenerią, która wielu w takim kontekście może wydać się szokująca. Jesteśmy przecież na kluczowej dla historii krakowskiej kultury scenie. Trudno było wizualizować "Rejs" na tle słynnej kurtyny i równie kunsztownego wystroju wnętrz? Nie bałeś się zarzutów o swoistą profanację miejsca?

No przecież o tą profanację, która jest uświęceniem na nowo chodzi. To miejsce potrzebuje przewietrzenia, odważnego gestu, który wyrywa z tego ukontentowania, napuszenia.

Premiera "Narodowego czytania Rejsu" zbiegła się z podsumowaniem sezonu w Teatrze im. Słowackiego. Czy z perspektywy tych kilku miesięcy jako dyrektor artystyczny odkryłeś coś, czego o legendarnej scenie nie wiedziałeś wcześniej jako miłośnik i twórca teatru?

Ja ten zespół znam od bardzo dawna, przerwę we wnikliwszym przyglądania miałem w ostatnich latach  dyrekcji Krzysztofa Orzechowskiego, gdzie dominowały śpiewogry oraz repertuar lekki, szkolny i przyjemny. Zadania jakie sobie stawiam pozostały takie same. Należy nadać temu teatrowi charakter, aby kojarzył się z ambicją myśli, a nie wyłącznie rozrywki. Więcej zaangażowania, mniej podwieczorkowania. Rok dyrekcji mnie w tym tylko utwierdził.


/oprac. Ł. Badula/

Festiwalowe pokazy spektaklu 10, 16, 17 IX godz. 19:00 na Dużej Scenie Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie.

Komentarze