Miasto mieści miejsca

To próba nakreślenia nowej mapy, zobaczenia Krakowa i Małopolski poprzez inne miejsca niż te, które proponują przewodniki - o festiwalowej idei i jej filozoficznych inklinacjach pisze Dobrosław Kot.

Czemu człowiek potrzebuje miejsc? Do czego mu służą? Odpowiedzi jest wiele: potrzebujemy miejsca, by mieszkać, by się schronić, by pracować. Dlatego wydaje się, że pytania te nie mają sensu lub pytają o coś banalnego w trywialny sposób. Jednak myślenie o miejscach odbiera im ich oczywistość. Nasze życie wydarza się w miejscach, jest umiejscowione. Każdemu człowiekowi można wyrysować jego własną mapę. Są ludzie o mapach rozległych, opasujących całą Ziemią i tacy, których mapy są skondensowane, czasem zamknięte w planie jednego miasta, jednej dzielnicy. To, dokąd chodzimy i gdzie się zatrzymujemy, dużo o nas mówi. Zapewne nie wszystko, gdyż w naszym życiu są sprawy atopiczne, niepowiązane z żadnym miejscem. Są też sprawy, które wprawdzie rozgrywają się w przestrzeni, lecz jest ona dla nich przypadkową dekoracją; w gruncie rzeczy mogłyby się rozegrać wszędzie. Wszędzie można się zakochać, wszędzie można umrzeć.

Jednocześnie pewnym punktom przestrzeni i obszarom nadajemy szczególne znaczenie, które przekracza ich materialne właściwości. To nasz akt ustanawiania sensu. Kiedy mówimy: tu będzie nasz dom, to przemieniamy dany budynek lub segment bloku w przestrzeń inną od wszystkich. Z domem łączymy różne wspomnienia i marzenia, zazwyczaj chcemy, by był bezpieczny i przyjazny. Byśmy mogli w nim być sobą i u siebie, razem z tymi, których kochamy. Dlatego strzeżemy domu i nie wpuszczamy do domu każdego. Co jednak sprawia, że dana bryła architektoniczna staje się domem? Sens przekracza to, co czysto przestrzenne i materialne i przemienia rzeczywistość. 

Interesujące i tajemnicze jest to, że tak usilnie chcemy sensem naznaczać przestrzeń, stwarzając miejsca. Sprawa bowiem nie jest tak oczywista. Miejsce może wydać się czymś podejrzanym lub co najmniej dwuznacznym. Francuski filozof, Emmanuel Lévinas zderza się z Martinem Heideggerem, którego uznaje za wyraziciela najgłębszych intuicji pogaństwa. Tym samym zestawia myślenie biblijne z pogańskim, pokazując istotną różnicę w podejściu do miejsca. Lévinas uważa Heideggera za czciciela bóstwa Miejsca. Przywiązanie niemieckiego filozofa do pejzażu, świata, zamieszkiwania, chęć połączenia ludzkiej egzystencji z miejscem w sposób nierozerwalny uważa Lévinas za niebezpieczne. Według niego judaizm wolny był od kultu miejsca, zrywał wszelką relację z miejscami. Tylko w ten sposób można otworzyć się na to, co boskie. Bóg bowiem przekracza miejsca, a kult miejsca zamyka na boskość, gdyż wiąże to, co najważniejsze, z tym, co nietrwałe i przypadkowe.

W Księdze Wyjścia Bóg nakazuje Mojżeszowi zdjęcie sandałów, gdyż miejsce, na którym stoi, jest ziemią świętą. Dlaczego świętą? Nie z powodu jakichś szczególnych właściwości tej konkretnej przestrzeni, lecz z powodu wydarzenia spotkania Mojżesza z Bogiem. To spotkanie uświęca ziemię: tu Mojżesz rozmawiał z Bogiem. Ale czy ten kawałek skały zyskuje przez to jakaś szczególną wartość po zakończeniu tego spotkania? Czy będąc pamiątką spotkania godzien jest specjalnego szacunku? Skoro spotkanie się zakończyło, to Boga już tam nie ma. Kawałek skały na powrót staje się kawałkiem anonimowej przestrzeni. Istnieje jednak pokusa, by miejsce kultywować, by upamiętniać to, co się kiedyś wydarzyło. Tak postępuje na przykład chrześcijaństwo, wznosząc swe świątynie często w miejscach ważnych dla religii wydarzeń: zdarzeń biblijnych, objawień, śmierci męczenników.

Dlatego dla Lévinasa chrześcijaństwo nie jest w swej istocie religią czysto biblijną, gdyż akceptuje – choć w przetworzonej formie – pogański kult miejsc. Miejsce uznane za przestrzeń wydarzenia się sacrum zostaje przemienione i staje się obiektem kultu, celem pielgrzymek. Obrasta w budowle i z reguły wszystko, co na danym obszarze występuje, zyskuje religijną sankcję. W miejscach objawień tryskają uzdrawiające źródła.

Takim miejscem szczególnie istotnym dla chrześcijaństwa jest grób Jezusa. Kierkegaard podważa zasadność otaczającego to miejsce kultu, który nie tylko manifestuje się w licznych pielgrzymkach, ale przede wszystkim dał o sobie znać w wyprawach krzyżowych: na kilka wieków głównym celem zachodniego chrześcijaństwa stało się nieliczące się ze środkami odbicie i utrzymanie tego grobu Bożego. Tymczasem przekaz Ewangelii jest tu, zdaniem Kierkegaarda, jednoznaczny: tu Go nie znajdziecie. Jeśli jakiś grób na świecie nie powinien stać się celem jakichkolwiek upamiętniających działań człowieka, to właśnie ten jeden grób. Innymi słowy: troska o grób Jezusa w Jerozolimie jest ukrytym, lecz fundamentalnym wyznaniem niewiary w Zmartwychwstanie. Chęć czczenia pustego grobu jest najbardziej niechrześcijańskim pragnieniem, jakie można sobie wyobrazić.

Z pozoru te pytania dotyczą jedynie spraw judaizmu i chrześcijaństwa. Ale wydaje się, że nie da się ich zamknąć w nakreślonym przez Lévinasa sporze, gdyż w pokazanych wyżej napięciach ujawnia się dwuznaczny sens samego miejsca. Jesteśmy w miejscach, nie możemy poza nimi żyć. Być może jednak przydawanie im nadmiernego znaczenia jest czymś niebezpiecznym? Można zrozumieć, jakie zagrożenie niesie kult miejsca dla religii biblijnych. Ale dlaczego powszednie i niezobowiązujące czczenie miejsc miałoby być szkodliwe dla nas, rzuconych w przestrzeń codzienności?

Kraków jest miastem, gdzie myślenie o genius loci ma i długą tradycję, i zadziwiającą żywotność. Są miejsca, które działają niczym morskie wiry: nie sposób nie dać się w nie wkręcić. Któż zwiedzający na przykład groby królewskie na Wawelu jest w stanie powiedzieć, że oparł się ich symbolicznej mocy? Gdyby wziąć w nawias całe wawelskie legendarium, wspierane przez kolejne pokolenia twórców, utrwalających mityczne znaczenie wzgórza wawelskiego, groby nie powinny działać. Nie leżą w nich nasi bliscy, nie znaliśmy królów ani wieszczów. Polska od dawna nie jest królestwem, a sława poetów przeminęła. Zresztą, Słowacki i Piłsudski i tak nie mają serc, a zamiast Norwida jest garść ziemi ze zbiorowej mogiły. A zatem nie w kościach tkwi siła, lecz w duchach, które między grobami krążą. Chcemy odczuwać łączność z wielkimi minionych epok, chcemy uczestniczyć w tym samym, co oni. I choć Polaków były miliony, to wawelskie duchy mają szczególną kondensację polskości. I historia nie ma tu wiele do rzeczy, chodzi o wyraz nie do końca ujawnionej i pozostającej raczej na granicy przeczucia polskiej mitologii.

Odrealnione duchy królów i poetów potrzebują jednak miejsca. Wprawdzie można o nich myśleć wszędzie, ale są miejsca, gdzie czuje się ich obecność bardziej. To znów paradoks, ujawniający dwuznaczność miejsca: duch nie ma materii, ale w niektórych miejscach czuć go bardziej. Sam Mickiewicz wyprowadza guślarza i jego gromadę na cmentarz, gdyż kaplica cmentarna jest miejscem szczególnym.  I chyba nie zrozumiemy sensu miejsca, jeśli sprowadzimy go tylko do punktu na mapie. Miejsce uwikłane jest w siatkę przestrzeni. Ale najistotniejsze chyba jest to, że miejsce jest przestrzenią spotkania niematerialnego z materialnym. Ta relacja jest niejasna i tajemnicza.      

Pytanie, które można tu postawić, brzmi: które miejsca są dla Krakowa istotne, niezbędne? Bez których miejsc Kraków przestanie być Krakowem? Pytania te ujawniają napięcie między indywidualnym doświadczeniem miasta a budowanym przez stulecia mitem, utkanym z symboli i opowieści. Można bowiem śmiało sobie wyobrazić kogoś, dla kogo Kraków to osiedle z wielkiej płyty, podczas gdy Wawel, Stare Miasto czy Kazimierz to dzielnice odległe i w pewien sposób nieistotne. Czy Kraków tej osoby będzie mniej prawdziwy?

Zamiast sporządzać listę miejsc tworzących istotę Krakowa i krakowskości, można próbować ustanowić nowe miejsca. To próba nakreślenia nowej mapy, zobaczenia Krakowa i Małopolski poprzez inne miejsca niż te, które proponują przewodniki. Czy zdadzą one egzamin? Czy poprzez nie ujawni się coś nowego i zarazem krakowskiego? To szczególny eksperyment, w którym przecina się myślenie o miejscach i performatywne ustanawianie miejsca.

Filozofia stara się być atopiczna. Szuka tego, co pozaprzestrzenne i pozamiejscowe. Być może powody są podobne jak te, które wskazał Lévinas w krytyce Heideggera: złączenie z miejscem zamyka na pewne wymiary boskości i tego, co wieczne. Jednak w rzeczywistości filozof, choćby się przed tym bronił,  zawsze przemawia z jakiegoś miejsca. I to miejsce można odnaleźć czytając jego teksty. Szukająca atopii filozofia wyrusza z jakiegoś miejsca i dokądś zdąża. Dlatego, wbrew niej samej, może okazać się przydatna nie tylko do myślenia nad miejscami, lecz również do myślenia z wnętrza miejsca.

Ale to teatr jest chyba bardziej predestynowany do szukania nowych miejsc. Wszystkie bowiem pozaprzestrzenne sprawy, o których stara się mówić, wydarzają się w miejscu. Scena jest żywym dowodem, jak bardzo nie możemy się od miejsc uwolnić, jak bardzo to, co duchowe, potrzebuje umiejscowienia w tym, co materialne i przestrzenne. Szukanie przez teatr nowych miejsc może polegać na wytwarzaniu różnych scen i dekoracji. Istnieje jednak inna droga: wyjść poza budynek i scenę i w świecie przecinających się dróg i miejsc poszukać nowych scen.
W polszczyźnie miasto i miejsce sąsiadują niezwykle blisko. Miasto jest miejscem miejsc, przestrzenią umożliwiającą pojawianie się miejsc. Mapa miasta nigdy nie jest skończona. Kiedy nie można dopisać do niej żadnego miejsca, staje się mapą cmentarzyska. Być może ustanawianie nowych miejsc, choć ryzykowne, jest jedynym sposobem, by miasto żyło. Miasto zwrócone wyłącznie ku miejscom z przeszłości zastyga w bezruchu. Być może Kraków jest tylko mauzoleum miejsc. Być może jednak jego życie nie jest zakończone.

Ile nowych miejsc pomieści Kraków? Czy ich nowość zakwestionuje Kraków, czy go wzbogaci? Co to znaczy dla miasta, jako miejsca miejsc, zachować siebie. Być może próba ustanawiania nowych miejsc nie przyniesie odpowiedzi. Ale jest nadzieja, że pozwoli postawić właściwe pytania o Kraków i Małopolskę.